Historia skarbu ze Środy Śląskiej

Opublikowano 3 lata temu
Historia skarbu ze Środy Śląskiej

Najpierw ktoś krzyknął do operatotra koparki: - Stop! Zatrzymaj maszynę. Jej łyżka rozbiła właśnie dzban, z którego wysypały się tysiące monet. Do wykopu rzucił się każdy, kto był w pobliżu. Ludzie spakowali numizmaty do kieszeni i poszli do domów. Miejscowe władze pozwoliły jednak, by prace budowlane w centrum podwrocławskiej Środy Śląskiej prowadzone były dalej. I dopiero wtedy się zaczęło... Po kilku dniach, na wysypisku śmieci, na które trafiał gruz z miasta, ludzie zaczęli znajdować fragmenty złotej biżuterii: brosze, pierścienie, elementy korony... Wszystko warte około 100 mln dolarów. Niektórzy próbowali na tym zrobić też biznes.

Aby zobaczyć coś niezwykłego i przeżyć przygodę, wcale nie trzeba lecieć do Azji, Ameryki Południowej czy Afryki. Jak Indiana Jones możesz się też poczuć w Polsce. Jest miasto pod Wrocławiem, w którym co chwilę ludzie znajdują... skarby. I to nie byle jakie. Kto wie, co tu może jeszcze czekać na poszukiwaczy.
Średniowieczna korona ze złota wysadzana kamieniami szlachetnymi. Zapony, zawieszki, pierścienie i złota taśma. Mnóstwo średniowiecznych monet. Wszystko to znaleziono na... wysypisku śmieci i gruzu pod Wrocławiem. Brzmi niesamowicie, nieprawdaż? Zwłaszcza że to nie jedyny skarb, który tu odkryto i pewnie nie ostatni.
Kiedy jako dziennikarz zacząłem zajmować się tym tematem, szybko poczułem, że nie skończy się na artykułach prasowych. Materiał nadawał się na książkę, która w końcu powstała. Zatytułowałem ją "Miasto skarbów".

Oto historia, która sprawi, że otworzy ci się nóż w kieszeni. Joanna Lamparska, poszukiwaczka skarbów i autorka najpoczytniejszych książek o tajemnicach Dolnego Śląska, skwitowała ją tak: - Człowiek chciałby zaraz szukać tych zaginionych skarbów i dusić tych, którzy są odpowiedzialni za ich roztrwonienie.
Skarby były tu zawsze

Kiedy w 1976 roku zza zegara ratuszowej wieży robotnicy wyciągnęli metalowy walec, który ktoś ukrył tu przed wiekami, po raz pierwszy w życiu poczuli tak wielkie emocje. Byli pewni, że w środku jest skarb. Nie zastanawiali się, co z nim zrobią. Chcieli go tylko wziąć w ręce i schować. Ogarnęła ich gorączka złota. Próbowali otworzyć puszkę. Szło im ciężko, bo była solidnie zamknięta, tak szczelnie, by przez długie lata jej zawartości nie zniszczyła wilgoć. Gdy po dłuższym czasie udało im się podważyć wieczko, z puszki wysypały się setki monet oraz opieczętowane lakiem dokumenty.
Dwa lata po remoncie wieży miejscowy ksiądz budował plebanię. Kiedy ludzie kopali doły pod fundamenty, coś znaleźli. Dzieci opowiadały później o wykopanych monetach i biżuterii. - Dochodziły do mnie plotki, że coś tam znaleziono, ale na moje pytanie ksiądz odpowiedział negatywnie - zeznał później inspektorowi Najwyższej Izby Kontroli Lucjan Owczarenko, ówczesny dyrektor średzkiego muzeum.
Sprawą nie zajęła się ani milicja, ani prokuratura. Może dlatego, że w miasteczku panowały towarzyskie układy między prominentami, a może to były tylko plotki...
O rzekomo znalezionym skarbie szybko zapomniano. I pewnie nikt by nie wygrzebał tej sprawy, gdyby nie to, co stało się siedem lat później. W 1985 roku znów kopano doły pod fundamenty na średzkiej starówce. 24 maja, koło czwartej po południu, na placu budowy ktoś wrzasnął: - Stop! Zatrzymajcie koparkę! Ryszard Widurski z Rakoszyc, który siedział w kabinie maszyny, wyłączył silnik. Wysiadł z pojazdu i zdębiał. To, co zobaczył, na zawsze utkwiło w jego pamięci. W wykopie przy ulicy Daszyńskiego 12 położonej nieopodal Rynku, wśród gruzu coś połyskiwało. Tysiące srebrnych krążków wysypały się z rozbitego glinianego naczynia. To był skarb, po latach nazwany "małym skarbem średzkim".

Wszyscy rzucili się do wykopu. Szukali czegoś więcej. Ziemię rozgrzebywano gołymi rękoma. Ktoś chwycił za szpadel. Nim spostrzegli to pracownicy budowy, w dole pojawili się przypadkowi ludzie: przechodnie i bawiące się w okolicy dzieci. Ukradkiem pakowali do kieszeni wszystko to, co udało im się znaleźć. Co sprytniejsi wybierali tylko złote monety, pozostawiając "szaraki - dla reszty.
O znalezisku trzeba było powiadomić władzę. Nie obyło się oczywiście bez kłótni. Jedni bowiem chcieli zatrzymać skarb dla siebie, inni bali się posądzenia o kradzież i woleli zawiadomić Rejonowy Urząd Spraw Wewnętrznych (w PRL pod taką komórkę podlegała Milicja Obywatelska). Dobrze wiedzieli, że według prawa to, co zostało ukryte w ziemi przed 1945 rokiem, należy do państwa, a za przywłaszczenie grozi surowa kara. I tak też się stało. Milicjantom o sprawie donieśli traktorzyści. Pozostałe jeszcze monety Ryszard Widurski, który kierował koparką, zapakował do wiadra i zamknął w szoferce. Około pół do piątej urzędnicy z RUSW zabezpieczyli znalezisko, nawet nie przeliczyli monet i... poszli do domu. "Funkcjonariusz MO na pamiątkę wręczył nam po jednej monecie srebrnej? - opowiadał później jeden z robotników pracujących w wykopie.

Tymczasem wieść o skarbach znalezionych na budowie w centrum Środy rozniosła się po okolicy. Pod osłoną nocy w miejscu odkrycia zjawiło się wiele osób. Każda z nich liczyła, że może coś jeszcze znajdzie. I kto wie, co wówczas wpadło w ręce rabusiów...
Dopiero następnego dnia o odkryciu powiadomiony został pierwszy specjalista, znawca tematu. Był nim Jerzy Lodowski, dyrektor Muzeum Archeologicznego we Wrocławiu. Przyjechał do Środy, obejrzał teren, gdzie znaleziono monety, zapakował je do dużego fiata i wywiózł do Wrocławia. Na tym zamieszanie się skończyło, a prace na budowie wznowiono. Taką decyzję podjęły miejskie władze. Sprawą rozkradzenia części znaleziska nie zajęła się ani milicja, ani prokuratura.
Dopiero w pracowniach wrocławskiego Muzeum Archeologicznego, i to po kilku tygodniach - 10 czerwca, dokładnie obejrzano i przeliczono skarb. Wynik był zdumiewający: 3424 monety o łącznej wadze 12,7 kg. Nikt już nie miał wątpliwości - to był jeden z najcenniejszych skarbów monet znaleziony w ostatnich latach w Europie.

Skarb wyrzucony na śmietnik

Był 24 maja 1988 roku. Minęły trzy lata od odkrycia średzkich monet. Na ulicy Daszyńskiego znów pracowali budowlańcy.
- Rozbierali kamienicę numer 14, zaledwie 12 metrów od miejsca, w którym trzy lata wcześniej znaleziono monety. Oj, to było znane miejsce w Środzie. Tu była melina, chyba najgłośniejsza w okolicy. Ale żuli stąd pogoniono, bo budynek zaczął się przechylać po tym, jak tuż przy nim wykopano doły pod kable telefoniczne. No i kazano go rozebrać, choć w środku była zabytkowa, ponoć gotycka piwnica - opowiada mieszkaniec jednego z budynków przy Daszyńskiego. Praca wrzała, a gruz z budowy trafiał na wysypisko znajdujące się kilka kilometrów od centrum miasteczka. Miał tu stanąć nowoczesny budynek mieszkalny.

Dochodziła 11.10. Robotnicy pogłębiali dół pod fundamenty, a gdy jeden z nich żartował: "Na pewno znajdziemy jakiś skarb...", drugi zamarł ze zdziwienia. W piasku leżały gliniane skorupy, a wśród nich coś połyskiwało. To znowu były monety, schowane przez kogoś przed wiekami. Do wykopu rzucił się każdy, kto był w pobliżu, kilkadziesiąt osób. Ludzie wskakiwali sobie na plecy. Jeden drugiemu wydzierał monety z rąk. Pakowali je do kieszeni. Sprytniejsi nie brali srebrnych szaraków, tylko wybierali złote egzemplarze. Każdy chciał mieć choć trochę dla siebie. Nikt nie zastanawiał się, czy można, czy też nie. Zadziałała siła tłumu.

Dwaj pracownicy wynieśli z wykopu jeden dzban z monetami i schowali go w baraku. Stał tak do rana na blacie piły mechanicznej. O znalezieniu kolejnego skarbu w Środzie Śląskiej znów powiadomiono Rejonowy Urząd Spraw Wewnętrznych. Tym razem donieśli pracownicy centrali telefonicznej, którą budowano w 1985 roku na sąsiedniej działce, w miejscu, gdzie odkryto poprzedni skarb.
Na placu budowy pojawił się Jan Szawan, inspektor Rejonowego Urzędu Spraw Wewnetrznych w towarzystwie pracowników miejscowego Muzeum Rzemiosł Drzewnych: studenta trzeciego roku archeologii Wojciecha Balcerzaka i Zbigniewa Aleksego. Używając swojego autorytetu i niecenzuralnych słów, postraszyli zgraję przypadkowych rabusiów. Przypomnieli im o odpowiedzialności karnej za przywłaszczenie znaleziska. Od budowlańców udało im się odzyskać 1297 monet oraz fragmenty glinianego naczynia. Jednak wszyscy przypuszczali, że i tym razem nie odzyskano wszystkiego.
Najpierw ktoś krzyknął do operatotra koparki: - Stop! Zatrzymaj maszynę. Jej łyżka rozbiła właśnie dzban, z którego wysypały się tysiące monet. Do wykopu rzucił się każdy, kto był w pobliżu. Ludzie spakowali numizmaty do kieszeni i poszli do domów. Miejscowe władze pozwoliły jednak, by prace budowlane w centrum podwrocławskiej Środy Śląskiej prowadzone były dalej. I dopiero wtedy się zaczęło... Po kilku dniach, na wysypisku śmieci, na które trafiał gruz z miasta, ludzie zaczęli znajdować fragmenty złotej biżuterii: brosze, pierścienie, elementy korony... Wszystko warte około 100 mln dolarów. Niektórzy próbowali na tym zrobić też biznes.

Aby zobaczyć coś niezwykłego i przeżyć przygodę, wcale nie trzeba lecieć do Azji, Ameryki Południowej czy Afryki. Jak Indiana Jones możesz się też poczuć w Polsce. Jest miasto pod Wrocławiem, w którym co chwilę ludzie znajdują... skarby. I to nie byle jakie. Kto wie, co tu może jeszcze czekać na poszukiwaczy.
Średniowieczna korona ze złota wysadzana kamieniami szlachetnymi. Zapony, zawieszki, pierścienie i złota taśma. Mnóstwo średniowiecznych monet. Wszystko to znaleziono na... wysypisku śmieci i gruzu pod Wrocławiem. Brzmi niesamowicie, nieprawdaż? Zwłaszcza że to nie jedyny skarb, który tu odkryto i pewnie nie ostatni.
Kiedy jako dziennikarz zacząłem zajmować się tym tematem, szybko poczułem, że nie skończy się na artykułach prasowych. Materiał nadawał się na książkę, która w końcu powstała. Zatytułowałem ją "Miasto skarbów".

Oto historia, która sprawi, że otworzy ci się nóż w kieszeni. Joanna Lamparska, poszukiwaczka skarbów i autorka najpoczytniejszych książek o tajemnicach Dolnego Śląska, skwitowała ją tak: - Człowiek chciałby zaraz szukać tych zaginionych skarbów i dusić tych, którzy są odpowiedzialni za ich roztrwonienie.

Skarby były tu zawsze

Kiedy w 1976 roku zza zegara ratuszowej wieży robotnicy wyciągnęli metalowy walec, który ktoś ukrył tu przed wiekami, po raz pierwszy w życiu poczuli tak wielkie emocje. Byli pewni, że w środku jest skarb. Nie zastanawiali się, co z nim zrobią. Chcieli go tylko wziąć w ręce i schować. Ogarnęła ich gorączka złota. Próbowali otworzyć puszkę. Szło im ciężko, bo była solidnie zamknięta, tak szczelnie, by przez długie lata jej zawartości nie zniszczyła wilgoć. Gdy po dłuższym czasie udało im się podważyć wieczko, z puszki wysypały się setki monet oraz opieczętowane lakiem dokumenty.
Dwa lata po remoncie wieży miejscowy ksiądz budował plebanię. Kiedy ludzie kopali doły pod fundamenty, coś znaleźli. Dzieci opowiadały później o wykopanych monetach i biżuterii. - Dochodziły do mnie plotki, że coś tam znaleziono, ale na moje pytanie ksiądz odpowiedział negatywnie - zeznał później inspektorowi Najwyższej Izby Kontroli Lucjan Owczarenko, ówczesny dyrektor średzkiego muzeum.
Sprawą nie zajęła się ani milicja, ani prokuratura. Może dlatego, że w miasteczku panowały towarzyskie układy między prominentami, a może to były tylko plotki...
O rzekomo znalezionym skarbie szybko zapomniano. I pewnie nikt by nie wygrzebał tej sprawy, gdyby nie to, co stało się siedem lat później. W 1985 roku znów kopano doły pod fundamenty na średzkiej starówce. 24 maja, koło czwartej po południu, na placu budowy ktoś wrzasnął: - Stop! Zatrzymajcie koparkę! Ryszard Widurski z Rakoszyc, który siedział w kabinie maszyny, wyłączył silnik. Wysiadł z pojazdu i zdębiał. To, co zobaczył, na zawsze utkwiło w jego pamięci. W wykopie przy ulicy Daszyńskiego 12 położonej nieopodal Rynku, wśród gruzu coś połyskiwało. Tysiące srebrnych krążków wysypały się z rozbitego glinianego naczynia. To był skarb, po latach nazwany "małym skarbem średzkim".

Wszyscy rzucili się do wykopu. Szukali czegoś więcej. Ziemię rozgrzebywano gołymi rękoma. Ktoś chwycił za szpadel. Nim spostrzegli to pracownicy budowy, w dole pojawili się przypadkowi ludzie: przechodnie i bawiące się w okolicy dzieci. Ukradkiem pakowali do kieszeni wszystko to, co udało im się znaleźć. Co sprytniejsi wybierali tylko złote monety, pozostawiając "szaraki - dla reszty.
O znalezisku trzeba było powiadomić władzę. Nie obyło się oczywiście bez kłótni. Jedni bowiem chcieli zatrzymać skarb dla siebie, inni bali się posądzenia o kradzież i woleli zawiadomić Rejonowy Urząd Spraw Wewnętrznych (w PRL pod taką komórkę podlegała Milicja Obywatelska). Dobrze wiedzieli, że według prawa to, co zostało ukryte w ziemi przed 1945 rokiem, należy do państwa, a za przywłaszczenie grozi surowa kara. I tak też się stało. Milicjantom o sprawie donieśli traktorzyści. Pozostałe jeszcze monety Ryszard Widurski, który kierował koparką, zapakował do wiadra i zamknął w szoferce. Około pół do piątej urzędnicy z RUSW zabezpieczyli znalezisko, nawet nie przeliczyli monet i... poszli do domu. "Funkcjonariusz MO na pamiątkę wręczył nam po jednej monecie srebrnej? - opowiadał później jeden z robotników pracujących w wykopie.

Tymczasem wieść o skarbach znalezionych na budowie w centrum Środy rozniosła się po okolicy. Pod osłoną nocy w miejscu odkrycia zjawiło się wiele osób. Każda z nich liczyła, że może coś jeszcze znajdzie. I kto wie, co wówczas wpadło w ręce rabusiów...
Dopiero następnego dnia o odkryciu powiadomiony został pierwszy specjalista, znawca tematu. Był nim Jerzy Lodowski, dyrektor Muzeum Archeologicznego we Wrocławiu. Przyjechał do Środy, obejrzał teren, gdzie znaleziono monety, zapakował je do dużego fiata i wywiózł do Wrocławia. Na tym zamieszanie się skończyło, a prace na budowie wznowiono. Taką decyzję podjęły miejskie władze. Sprawą rozkradzenia części znaleziska nie zajęła się ani milicja, ani prokuratura.
Dopiero w pracowniach wrocławskiego Muzeum Archeologicznego, i to po kilku tygodniach - 10 czerwca, dokładnie obejrzano i przeliczono skarb. Wynik był zdumiewający: 3424 monety o łącznej wadze 12,7 kg. Nikt już nie miał wątpliwości - to był jeden z najcenniejszych skarbów monet znaleziony w ostatnich latach w Europie.

Skarb wyrzucony na śmietnik

Był 24 maja 1988 roku. Minęły trzy lata od odkrycia średzkich monet. Na ulicy Daszyńskiego znów pracowali budowlańcy.
- Rozbierali kamienicę numer 14, zaledwie 12 metrów od miejsca, w którym trzy lata wcześniej znaleziono monety. Oj, to było znane miejsce w Środzie. Tu była melina, chyba najgłośniejsza w okolicy. Ale żuli stąd pogoniono, bo budynek zaczął się przechylać po tym, jak tuż przy nim wykopano doły pod kable telefoniczne. No i kazano go rozebrać, choć w środku była zabytkowa, ponoć gotycka piwnica - opowiada mieszkaniec jednego z budynków przy Daszyńskiego. Praca wrzała, a gruz z budowy trafiał na wysypisko znajdujące się kilka kilometrów od centrum miasteczka. Miał tu stanąć nowoczesny budynek mieszkalny.

Dochodziła 11.10. Robotnicy pogłębiali dół pod fundamenty, a gdy jeden z nich żartował: "Na pewno znajdziemy jakiś skarb...", drugi zamarł ze zdziwienia. W piasku leżały gliniane skorupy, a wśród nich coś połyskiwało. To znowu były monety, schowane przez kogoś przed wiekami. Do wykopu rzucił się każdy, kto był w pobliżu, kilkadziesiąt osób. Ludzie wskakiwali sobie na plecy. Jeden drugiemu wydzierał monety z rąk. Pakowali je do kieszeni. Sprytniejsi nie brali srebrnych szaraków, tylko wybierali złote egzemplarze. Każdy chciał mieć choć trochę dla siebie. Nikt nie zastanawiał się, czy można, czy też nie. Zadziałała siła tłumu.

Dwaj pracownicy wynieśli z wykopu jeden dzban z monetami i schowali go w baraku. Stał tak do rana na blacie piły mechanicznej. O znalezieniu kolejnego skarbu w Środzie Śląskiej znów powiadomiono Rejonowy Urząd Spraw Wewnętrznych. Tym razem donieśli pracownicy centrali telefonicznej, którą budowano w 1985 roku na sąsiedniej działce, w miejscu, gdzie odkryto poprzedni skarb.
Na placu budowy pojawił się Jan Szawan, inspektor Rejonowego Urzędu Spraw Wewnetrznych w towarzystwie pracowników miejscowego Muzeum Rzemiosł Drzewnych: studenta trzeciego roku archeologii Wojciecha Balcerzaka i Zbigniewa Aleksego. Używając swojego autorytetu i niecenzuralnych słów, postraszyli zgraję przypadkowych rabusiów. Przypomnieli im o odpowiedzialności karnej za przywłaszczenie znaleziska. Od budowlańców udało im się odzyskać 1297 monet oraz fragmenty glinianego naczynia. Jednak wszyscy przypuszczali, że i tym razem nie odzyskano wszystkiego.
Do pilnowania wykopu wystawiono strażników, którzy czuwali przy nim przez całą noc. W tym czasie powiadomiono o skarbie specjalistów z Wrocławia. Nie spieszyło im się jednak do sensacyjnego odkrycia - przyjechali dopiero następnego dnia.

Rano do pracy przy wykopach nie przyszła część z zatrudnionych tam robotników. Jak się okazało, świętowali, bo udało im się przejąć sporą część odkrytych dzień wcześniej monet. Ludzie opowiadali o wielkim pijaństwie w miejscowej knajpie, podczas której za alkohol płacono średniowiecznymi monetami. Wówczas nikt ich absencją się nie przejął.
W miasteczku zrobiło się nerwowo, bo po raz kolejny przed rozpoczęciem budowy na zabytkowej starówce Środy nie przeprowadzono wcześniej badań archeologicznych. Nie zrobiono tego, mimo że już 12 grudnia 1985 roku pracownik Wojewódzkiego Ośrodka Archeologiczno-Konserwatorskiego we Wrocławiu do dokumentów dotyczących budynków przy ul. Daszyńskiego wpisał następująca notatkę: "Należy powiadomić WOAK o terminie rozpoczęcia prac ziemnych, które muszą być nadzorowane przez służby konserwatorskie, gdyż istnieje możliwość natrafienia na ślady osadnictwa średniowiecznego".
W jednym z protokołów pokontrolnych inspektor NIK napisał: "Badania wykazały, iż nie przestrzegano ustawowych obowiązków i dopuszczono się rażących zaniedbań (...)".

O zabytkowym charakterze miasta przypomniano sobie po fakcie. Dopiero dzień po odkryciu monet, około godz. 8.00, na miejscu pojawili się wykwalifikowani specjaliści od skarbów, pracownicy Wojewódzkiego Ośrodka Archeologiczno-Konserwatorskiego. Ci jednak na niewiele się przydali. - Wykop był doszczętnie zniszczony. Robotnicy dokopali się do warstwy żwiru. Ze średniowiecznej zabudowy nic kompletnie nie zostało. Ściany były świeżo poryte łopatami. Od strony zachodniej, między wykopem a ścianą gmachu centrali telefonicznej, na drodze leżały słupy betonowe, deski, cegły gotyckie i słomiane maty. Zrobiliśmy więc tylko niezbędne szkice, a następnego dnia wykop sprawdziliśmy wykrywaczem metalu - opowiada Tadeusz Kaletyn, dyrektor WOAK.
Prace zespołu WOAK nie trwały długo, bo nic nie znaleziono. Już po południu dyrektor Kaletyn postanowił zakończyć badania i udostępnić plac budowy wykonawcy, choć dzisiaj, w świetle obowiązujących przepisów, byłoby to niemożliwe. Ludzie i maszyny ruszyły.

Lokalizacja miejsca: 51.163485,16.593308

Źródło: onet.pl

Korzystając z tej strony akceptujesz, że w Twoim urządzeniu końcowym zostaną zainstalowane pliki cookies, które umożliwiają nam świadczenie usług. Brak zgody na pliki cookies oznacza, że pewne funkcjonalności strony mogą być niedostępne. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia. Więcej informacji znajdziesz w Polityce Cookies.