Polska "dolina śmierci"

Zaktualizowano 1 miesiąc temu

Maria miała 12 lat, gdy wybuchła wojna. Dobrze wiedziała, co oznaczają łzy mamy. Płakała, bo nikt z rodziny miał tych dni nie przeżyć. Jej się udało. Była świadkiem najbardziej krwawej bitwy II wojny światowej stoczonej na ziemiach polskich. Kiedy po latach opowiada o "dolinie śmierci", mówi, że wciąż odczuwa jej piętno.

Iwla to niewielka wieś w Beskidzie Niskim. Wokół opatulona wzgórzami, które jesienią mienią się różnymi odcieniami żółci, czerwieni i brązu. Lasy ciągną się tu kilometrami, zdobiąc wznoszące się jeden obok drugiego pagórki. Malownicze krajobrazy są w stanie zachwycić każdego, kto tylko tędy przejeżdża. Jednak nikt nie zabawia tutaj na dłużej. A z liczącej 700 mieszkańców wsi - nikt do tych lasów się nie zapuszcza.

- Boją się. O własne życie się boją - mówi mi tutejszy leśniczy. Nazywa się Piotrek, ale wołają na niego Pietrek. Zapytany o obowiązki, lekko się uśmiecha i drapie pod rudym wąsem. Odpowiada za tereny od Dukli po Iwlę, czyli za polską "dolinę śmierci". Przyznaje, że kiedyś przed każdym wyjściem do pracy odmawiał modlitwę. - Teraz jestem już stary, więc co ma być - to będzie - dodaje z uśmiechem.

Na pierwszy rzut oka Iwla nie przypomina typowej polskiej wsi. Wszystkie domy wydają się świeżo wybudowane. Nie ma latających po podwórku kurcząt ani swojskich zapachów. Pod miejscowym sklepem nie ma zataczających się pijanych mężczyzn. Iwla przypomina raczej przedmieścia większego miasta niż małą beskidzką wioskę.

Wojnę przetrwały tutaj trzy domy. Przy jednym z nich starsza pani w białej chustce spaceruje po podwórku. Robi dwa kroki i rozgląda się wkoło. Dwa kroki i znowu bacznie patrzy wokół siebie. W końcu jej wzrok zatrzymuje się na mnie. Wyłapuję to spojrzenie i pytam o wojnę.

Siadamy przy drewnianym stole przed domem. Moja rozmówczyni bierze w ręce leżący obok blaszany kubeczek i równomiernie stuka nim o stół. Zamyśla się.

- Jezusie, pamiętam, jakby to było dziś. Był ranek 8 września 1944 roku, kiedy Armia Radziecka zaatakowała niemieckie wojska, które broniły przełęczy w naszych stronach - rozpoczyna Maria, 83-letnia mieszkanka Iwli. Mówi powoli, waży każde słowo, które z trudem przechodzi jej przez gardło.

Przypomina, że Rosjanie chcieli szybko opanować Przełęcz Dukielską. Teraz już wiemy, że planowali przejść przez Karpaty, by wesprzeć słowackie powstanie, które wybuchło tam pod koniec sierpnia.

Wojna miała smak ziemniaków

- Słyszeliśmy, że Rosjan będzie dużo, ale nikt nie spodziewał się, że będzie ich aż tylu. W domu mieszkała nas wówczas trójka dzieci i rodzice. Miałam wtedy 12 lat, więc wiedziałam, co oznaczają łzy mamy. Płakała w kuchni codziennie. Taką ją zapamiętałam - kochającą, zatroskaną. Była przerażona, że prawdopodobnie nie zdoła uchować nas wszystkich przed śmiercią. Miała rację. Wojnę przeżyłam tylko ja. W całej wsi życie zachowało 20 osób. Ja tych Rosjan szczerze nie cierpiałam. Nienawidziłam ich, bo zabili całą moją rodzinę - mówi 83-latka.

Tamtego dnia Maria miała gorączkę i została w domu. Reszta rodziny wyszła do kościoła. Pamięta, że tata uśmiechnął się i powiedział, że idzie pomodlić się za jej zdrowie. Więcej ich nie widziała. - Zginęli pod gruzami zbombardowanego kościoła - kontynuuje.

Od tamtej pory mieszkała sama. W ciągu dnia chowała się w piwnicy, w nocy chodziła do sąsiadów i prosiła ich o ziemniaki. - To były jedyne warzywa, które szybko się nie psuły i mogłam je jeść. Myślę, że wojna miała dla mnie właśnie taki smak. Smak ziemniaków - mówi, uśmiechając się lekko.

Mały korespondent

Pewnego dnia do jej drzwi zapukał jeden z żołnierzy Armii Czerwonej, tak bardzo przez nią znienawidzonej. Przyjechał w środku nocy, cały zapłakany. Łamanym polskim poprosił o nocleg. Targał wielką torbę po brzegi wypełnioną listami i miał najwyżej 14 lat. - To sprawiło, że nie zamknęłam mu drzwi przed nosem. Zapytałam, co się stało, że tak bardzo płacze. Odpowiedział, że dostał list, w którym ktoś pisze, że stracił całą rodzinę. Stracił wszystko. Sam był korespondentem poczty polowej - pani Maria energiczne podnosi kubeczek.

- Nie wiedziałam jak się zachować. Chyba dopiero wtedy zrozumiałam, że i ja straciłam wszystko. Zaparzyłam mu herbatę. Piliśmy ją w blaszanych kubeczkach. Siedzieliśmy w milczeniu. Przesiedzieliśmy tak całą noc. O poranku chłopiec zebrał się i pojechał - pani Maria głośno wzdycha. Kubeczek, który trzyma w dłoniach, z brzdękiem odbija się od stołu.

Jej gość wrócił następnego dnia. Przywiózł nowe listy. Wszystkie wyrzucił na stół. Usiadł na krześle i wziął głęboki oddech. Rozpoczął pracę, której wtedy i każdego następnego dnia przyglądała się z zaciekawieniem. Otwierał koperty, czytał listy. Jedne rzucał na prawo, inne na lewo. Po pewnym czasie okazało się, że sterta listów po lewej stronie jest znacznie większa. Po skończonej pracy wziął właśnie tę lewą część i wrzucił do pieca.

Taką pracę wykonywał codziennie przez dwa tygodnie. Na front przywoził zaledwie garstkę listów. Resztę spalał w piecu. Pewnego dnia w końcu zapytała go, dlaczego to robi. Odpowiedział, że ich odbiorcy albo już nie żyją, albo dowiedzą się z nich, że nie mają dla kogo żyć, a tak nie wolno, bo przestaną walczyć. "Takich listów nie przekazuje się dalej - stanowczym głosem powiedział nastolatek. - Po tej rozmowie wyszedł wcześniej niż zwykle. Od tamtej pory go nie widziałam - zasmuca się.

Następne wydarzenia potoczyły się lawinowo. Bombardowania nasilały się. Mała wioska była tak zasiana trupami, że Maria często musiała przez nie skakać, żeby nie wejść na rozkładające się ciało. Z dnia na dzień coraz trudniej było jej mieszkać samotnie. W końcu wyszła z domu, by chować się po lesie z innymi. Nie chciała umrzeć samotnie.

- 20 osób mieszkało wówczas w schronach i modliliśmy się o każdy dzień, a po kolejnych dniach już o każde godziny. Nie wiem, kiedy to się skończyło, chyba nadal trwa. Tylko teraz już w mojej głowie - kończy swoją opowieść pani Maria. Nie jesteśmy w stanie dłużej rozmawiać. Łzy płyną jedna po drugiej po zmęczonej twarzy starszej pani i spływają do środka blaszanego kubeczka.

Jesienią minęło 71 lat od tych tragicznych wydarzeń z okresu II wojny światowej. "Kurier Dukla", który ukazywał się co tydzień, poinformował 14 listopada 1944 roku o 210 tysiącach ofiar operacji dukielsko-preszowskiej. Uznaje się, że łącznie liczba zabitych przekroczyła 220 tysięcy. Zdaniem historyków, była to najbardziej krwawa bitwa stoczona na ziemiach polskich podczas II wojny. Decyzja sowiecka o podjęciu natarcia bezpośrednio na przełęczy jest krytykowana jako osobisty rozkaz Stalina, który zaplanował na tych terenach ludobójstwo na własnych żołnierzach.

Do ataku ruszyło dziewięć dywizji piechoty 38. Armii, których wspierały siły 25. Korpusu Pancernego, Armii Gwardii i 1. Czechosłowackiego Korpusu Armijnego. W sumie na niewielką dolinę Beskidu Niskiego nacierało 180 tysięcy żołnierzy, wyposażonych w 1700 dział, moździerzy i ponad 1000 czołgów. Początkowy plan Rosjan zakładał, że po kilku dniach wkroczą na Słowację. Armia sowiecka nie spodziewała się jednak, że przejęcie terenu kilku wiosek zajmie im kolejne dwa miesiące.

Miejscowości, przez które przeszedł front takie jak Dukla czy mniejsze wioski jak Teodorówka, Chyrowa i Iwla, zostały niemalże zupełnie wyludnione i zniszczone. Zgodnie z ustaleniami historyków, operację pancerną przeżyło maksymalnie kilkadziesiąt ludzi.

Tego, co działo się na tych terenach, świadomi są nawet najmniejsi mieszkańcy Iwli. - Dzieci, gdy nie chcą pisać sprawdzianu czy kartkówki, często mówią nauczycielom, że znalazły przy szkole coś, co wygląda jak niewybuch. Wtedy przestraszeni nauczyciele dzwonią po policję i służby antyterrorystyczne - opowiada Pietrek.

Leśniczy właśnie rozpoczyna pracę. Rzuca na pożegnanie popularne tutaj "uszanowanie - i obraca się. Po kilku krokach robi szybki ruch krzyża na klatce piersiowej. Wie, że historia z niewybuchem przy szkole nie jest nieprawdopodobna.

Do dziś wojna sieje w tamtych terenach krwawe żniwo. Zgodnie ze statystykami Komendy Miejskiej Policji w Krośnie, w ciągu ostatnich 20 lat ponad dwadzieścia osób zginęło od niewybuchów, a kilka zostało rannych.

Źródło: onet.pl

Korzystając z tej strony akceptujesz, że w Twoim urządzeniu końcowym zostaną zainstalowane pliki cookies, które umożliwiają nam świadczenie usług. Brak zgody na pliki cookies oznacza, że pewne funkcjonalności strony mogą być niedostępne. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia. Więcej informacji znajdziesz w Polityce Cookies.